Odmawiaj z nami! Koronka do Miłosierdzia Bożego Obraz Pana Jezusa "Terminarz rekolekcji Świadectwa Pasaż handlowy
  Italiano
   Rozważania z
Dzienniczka
   Aktualności
   Sanktuarium
  •  Dojazd
  •  Dom Macierzysty
  •  Witraż
  •  Pielgrzymki
  •  Festiwal
  •  Reminiscencje
  •  Wspólnota czcicieli
Miłosierdzia Bożego
  •  O nas
   Zgromadzenie Sióstr
Jezusa Miłosiernego
  • 

Historia

  • 

Spacerkiem przez historię

  • 

Adresy

  • 

Formacja

  • 

Ufność

  • 

Apostolat

   Kult Bożego Miłosierdzia
  • 

Nowenna i Święto
Miłosierdzia

  •  Litania
   Skrutacje Pisma Świętego
   Z nauczania Ojca Świętego
  •  Akt zawierzenia
   Św. Faustyna
  •  Życiorys
  •  Modlitwy do
Św. Siostry Faustyny
  •  "Dzienniczek"
Św. S. Faustyny
   Ksiądz Sopoćko
  •  Życiorys
  •  Rozważania
  •  Eucharystia
  •  Listy
  •  Wspomnienia
  •  Błogosławieni miłosierni
  •  Rekolekcje
  •  Różaniec
  •  Konferencje
  •  Posłuchaj Ks. Sopoćki
  •  Beatyfikacja
  •  Prezentacja
   Galeria
   Tapety
   Piosenki
   Twórczość
   Pomóż nam
   Forum
   Linki
   Intencje
   Archiwum
   Strona Główna

WARTOŚCIOWA STRONA

Bądź na bieżąco:
Jezuufamtobie - twitter

 


LECTIO DIVINA o poszukiwaniu własnej tożsamości

Opowiem wam o tym, jak w moim sercu zmieniał się Obraz Boga.

Czy wystarczy czytać Pismo święte? Jakie warunki muszą być spełnione z mojej strony, aby zapisane w nim treści stały się dla mnie Żywym Słowem samego Boga? Czy jest niezbędna do tego jakaś wiedza? Czy wystarczy wzrok, umiejętność czytania? Jeżeli pragnę aby czytana przeze mnie Biblia nie stała się zwykłą lekturą czytaną z ciekawością, a opisywane w niej zdarzenia zwykłą odległą w czasie historią, to co muszę uczynić? Czy związane to jest z określonym wysiłkiem intelektualnym, pewną metodyką w posługiwaniu się Biblią? Takie myśli zawsze mnie nurtowały.

W moim rodzinnym domu w niedziele i święta zawsze było czytane głośno Pismo Święte przez ojca. Pamiętam, że czytał je zawsze z ogromnym wzruszeniem. Lubiłem wsłuchiwać się w ciepły głos ojca, ale był to tylko jego głos. Opisywane zdarzenia albo były zbyt straszne, albo tajemnicze. Chyba bałem się tego Boga, który był sprawiedliwy, ale trochę straszny w swej karze. Był on taki potężny, wszechwładny i jednocześnie daleki. Wypowiadane ustami ojca słowa długo brzmiały w moich dziecinnych uszach. Chociaż ich nie rozumiałem, to oplatały moją dziecinną świadomość, ciekawiły. Starałem się, aby nie podpaść temu wszechmocnemu Bogu. Pamiętam tak często powtarzane słowa matki: bądź grzeczny, nie kłam, mów "paciorek", bo "Bozia" wszystko widzi. Kiedy jednak mimo wszystko udało mi się coś zbroić, to z lękiem oglądałem się za siebie, czy jestem obserwowany przez tego Boga z groźnej Biblii. Mama zawsze zaznaczała, że Bóg kocha grzeczne dzieci. W mojej małej głowie rodziło się pytanie, a co z dzieckiem, które coś spsoci? Nie zawsze udawało mi się być posłusznym dzieckiem. Nie pamiętam już dzisiaj co działo się w moim maleńkim serduszku, kiedy moje postępowanie było naganne. Ale był to zapewne strach przed Bogiem, który wszystko widzi i czeka na każde moje uchybienie, aby mieć okazję do ukarania mnie. Taki był obraz Boga w oczach małego dziecka, wychowywanego w bogobojnej i głęboko religijnej rodzinie. Boga groźnego, obserwującego z ukrycia. Z upływem lat obraz ten łagodniał, ale zawsze był to Bóg sprawiedliwy, nieprzejednany, bez ciepła. Bóg, którego więcej się bałem, niż kochałem.

Zdziwienie - połączone z niedowierzaniem, kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że zawarta w Biblii treść jest Żywym Słowem Boga skierowanym do mnie w momencie Jego poznania. Że to właśnie sam Stwórca zaprasza mnie do rozmowy, chce abym przyjął do wiadomości, że z moim problemem nie jestem sam. Chce wspólnie ze mną znaleźć rozwiązanie, pozostawiając dla mnie 100% decyzji. Nie chce abym sam się trudził.

Opatrzność Boża wciąż czuwała nade mną. Powoli poprzez różnorakie doświadczenia życiowe obraz Boga zmieniał się. Aż przyszła taka chwila w moim dorosłym życiu, gdzie moim oczom ukazał się prawdziwy obraz. Jakaż radość i ogromna ulga zapanowały w moim sercu. Bo oto znikła w mojej wyobraźni groźna postać Boga. Ten sam Pan, ale jakże kochany, Sprawiedliwy, ale przede wszystkim miłosierny. Pełen dobra i miłości, kochający. Oto stanął przede mną Stwórca, który jest samym Dobrem. Ten, który zawsze troskliwie pochyla się nad swoim dzieckiem. Kochający Ojciec. W tej chwili poczułem się ukochanym dzieckiem Boga, wybranym przez Niego, za którym tęskni, którego wciąż przywołuje. Jego obecność przestała być uciążliwa. Wręcz stała się niezbędna dla normalnego funkcjonowania mojej osoby.
W samej rzeczy nasuwa się pytanie, co spowodowało taką przemianę w moim odbiorze Boga. Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Ponieważ jak wspomniałem na wstępie moich rozważań wychowałem się w atmosferze religijnej, w rodzinie gdzie dekalog był nie tylko znany przy odmawianiu pacierza, ale był stosowany w życiu. A zatem Bóg w moim życiu cały czas był blisko mnie, ale Jego Obraz w moim sercu jakże był wykrzywiony, rozmazany. Dotknięcia Pana w moim minionym życiu były lekkie, ale i bardzo mocne. Jezus, któremu zawsze powierzałem wszystkie swoje trudne problemy życiowe nie godził się na taki obraz Boga w moim sercu. On wie, że proces dojrzewania jest wówczas trwały i rozwija się prawidłowo, jeżeli odbywa się powoli, przy udziale pełnej naszej świadomości, jest przez nas rozumiany i akceptowany. Ale na taki proces musimy wyrazić zgodę. Zaznaczam, że nie jest to proces łatwy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. To musi się stać tak, jak z tym biblijnym ziarnem. Jeśli stare nie obumrze to nie narodzi się nowe. Moje dotychczasowe wyobrażenia o świecie, moja dotychczasowa filozofia życia, moje patrzenie na drugiego człowieka musiały przewartościować się. Zrywanie zaschłego bandaża z rany zawsze boli. A nasza dusza jest o wiele bardziej wrażliwa. W ciągu mojego życia tak ją okleiłem szczelnie różnymi przyzwyczajeniami, brudem, grzechem, złymi skłonnościami, zacietrzewieniem, obłudą, zawziętością, czy uporem, że z tego obrazu Bożego mało co pozostało. Bóg stworzył nas na swoje podobieństwo. To podobieństwo zostało uświęcone na chrzcie świętym. Wówczas była prawidłowa i niczym nie zakłócona relacja z Stwórcą. Osiągnięcie prawdziwego szczęścia dziś, to powrót do tamtej relacji. Nie ma innej drogi jak oczyszczenie się z tego wszystkiego, czym okleiliśmy się w całym naszym życiu. Musi nastąpić definitywne zerwanie ze złymi przyzwyczajeniami. Musimy w tym oczyszczaniu dać poprowadzić się za rękę Jezusowi. Zaufać Mu. Uklęknąć przed Bogiem, pokonać swoją nieśmiałość i fałszywy wstyd, bo to nie ujma.

Czy taka przemiana w naszym życiu jest możliwa, a jeżeli tak, to kiedy?
Otóż mój obraz Boga dojrzewał i wyostrzał się na kolejnych rekolekcjach wspólnotowych. Obojętnie w jakiej wspólnocie prowadzone były te rekolekcje. Był to zawsze czas odosobnienia od problemów świata, czas wyciszenia wewnętrznego, czas zbliżenia się do Pana. Dziwne, ale po każdych rekolekcjach miałem trudności z powrotem do normalnego świata. Mój odbiór zewnętrznych bodźców stawał się jakby wyraźniejszy. Raził mnie wszędzie tętniący hałas, ruch, ordynarność otoczenia, zwłaszcza na ulicy, brak jakiejś celowości w tym pośpiechu. Wyraźnie widziałem świat, który gdzieś pędzi i gna, jakby chciał uciec od tej najważniejszej prawdy jaką Bóg zadał człowiekowi tj. celowości jego istnienia. I tak w mojej świadomości dojrzewało przekonanie o skończoności tego wszystkiego, co nas otacza, prawda o przemijaniu. Wcześniej to coś przygniatało zawsze mnie, zabiło sens istnienia. Gdzieś w głębi duszy pojawiał się nieokreślony ból i tęsknota za czymś nieprzemijającym. Kilka dni mijało, zanim powróciłem do poprzedniego stanu. Ponownie wchodziłem w otaczając mnie rzeczywistość, coraz mniej raziła mnie logika postępowania otaczających mnie ludzi. Zaczynałem siadać przed telewizorem. Wszystko stawało się "normalne". Ale zasiane ziarno na kolejnych rekolekcjach w mojej duszy pozostawało coraz większy ślad. Powoli zmieniał się mój stosunek w relacji z Bogiem. Kontakt z Bogiem zaczynał się osobowy. Jezus Miłosierny wychodził do mnie z obrazu i otulał swym ciepłem. Zaczynałem odczuwać Jego delikatne dotknięcia. Dotknięcia, które może odczuć człowiek tylko duszą. Ale ta dusza nie może być szczelnie oklejona nagromadzonym przez lata błotem. Pod tym brudnym i stwardniałem bandażem kryją się nie zagojone rany, nasze nieprzebaczone sytuacje, nasze odległe i teraźniejsze zranienia. Zaproszony do naszego życia Jezus staje się najlepszym lekarzem, najlepszym pielęgniarzem. On w swych ojcowskich rękach czule pieści naszą zranioną grzechem duszę. Leczy ją najlepszym lekarstwem - miłością. To brak miłości powodował, że byliśmy ranieni przez innych lub my ich raniliśmy. Rodzi się pytanie, czy doszedłbym do takiej bliskości z Jezusem bez aktywnego udziału w działających przy parafii wspólnotach modlitewnych? Sądzę, że nie, ponieważ człowiek pozostawiony samotnie, bez odpowiedniego kierownictwa duchowego, bez wsparcia ze strony braci i sióstr w wierze staje się zbyt łatwym kąskiem dla szatana.

Siadając w dniu dzisiejszym do komputera, aby podzielić się z czytelnikami tym, co w moim życiu dają wspólnoty modlitewne i odbyte tam rekolekcje chciałbym podzielić się z wami moim doświadczeniem Boga w ostatnich rekolekcjach, w jakich uczestniczyłem na zaproszenie ze strony siostry Teresy - przełożonej sióstr ze Zgromadzenia Jezusa Miłosiernego w Myśliborzu. Rekolekcje były prowadzone przez ojca duchownego Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Szczecinie ks. Andrzeja Buczmę. Jako, że każde takie spotkanie z Bogiem jest dla mnie wielkim przeżyciem, to i w tym przypadku skorzystałem z urlopu w pracy i jako jedyny cywil wraz z pozostałymi siostrami zakonnymi przeżywałem to, czym w dniu dzisiejszym chciałbym podzielić się z wami drodzy czytelnicy. Rekolekcje były prowadzone metodą Lectio divina, a temat: "O poszukiwaniu własnej tożsamości". Aby oddać na papierze klimat tam panujący, chciałbym zaznaczyć, że prowadzący spotkania Ojciec był dla mnie wzorem niesamowitej pokory, cudownie wyciszył moje wnętrze, oddalił od świata zewnętrznego. Wprowadził mnie w zasłuchanie. Pragnę zaznaczyć, że są to moje własne spostrzeżenia i doznania, to ja tak to wszystko przeżyłem i zrozumiałem. Odczucia innych osób mogą być inne. Wiemy, że "każda dusza to inny świat", jak pisze w swej książce Jan Grzegorczyk.
Na wstępie padło stwierdzenie, że człowiek powinien znać cel i zasadność tego co robi. Zapytać się siebie dlaczego jestem na tych rekolekcjach. Ja nie musiałem pytać, to Jezus po przez siostrę Teresę zaprosił mnie na spotkania ze sobą. Jezus przez 40 dni na pustyni przygotowywał się do spełnienia misji, z jaką posłał Go Ojciec. Zaraz też Duch wyprowadził Go na pustynię. Czterdzieści dni przebył na pustyni, kuszony przez szatana. Żył tam wśród zwierząt, aniołowie zaś usługiwali Mu ( Mk 1,12-13 ). Dlatego zdaniem prowadzącego Ojca my też w sposób radykalny musimy zmusić się do słuchania Słowa Bożego. Wejść do swojej izdebki, do swojego wnętrza i zamknąć drzwi. Nie możemy zapomnieć o tym, że to my przyszliśmy słuchać, a więc powinniśmy sami milczeć. Pustynia jest właśnie takim miejscem ciszy. Dlatego na czas rekolekcji inne osoby i nurtujące nas problemy pozostawiamy na boku. Jezus Na pustyni żył wśród zwierząt. Te zwierzęta, to wąż, szakal, skorpion itp. Te zwierzęta to nasze uczucia: podstęp, złość, zazdrość, nienawiść, uzależnienia itp. Same uczucia nie są czymś dobrym lub złym. One są obojętne i są dane nam jako znaki od Pana Boga. Ale my musimy je odpowiednio przeżyć. Bóg daje nam również rozum. Dlatego każdy taki znak, jakim jest uczucie powinniśmy najpierw przeanalizować i następnie poddać swojemu intelektowi. Należy poprzez doznane uczucia poznawać, co dzieje się z nami, jak na nie reagujemy. Kiedy doznajemy jakieś uczucie, to natychmiast pojawia się chęć zareagowania na nie. Ale to rozum ma nam podpowiedzieć jak mamy zareagować, jakie postępowanie z naszej strony ma być właściwe. Nasz rozum musi zawsze brać udział w uczuciach. Od uczuć nie należy uciekać, ale należy je przeżyć, przeanalizować i następnie podjąć mądrą i przemyślaną decyzję. Po to Bóg obdarzył nas rozumem. I tak, jak Panu Jezusowi na pustyni towarzyszyli aniołowie, tak i w naszym życiu są zawsze aniołowie, którzy poprzez różne natchnienia podpowiadają nam co robić mamy w danej sytuacji. Bóg nie pozostawił nas bez opieki. Ale szanuje naszą wolną wolę przy wyborze i podjęciu określonych decyzji. Zdaniem Ojca Andrzeja powinniśmy też poznać jakiego ducha jesteśmy w danej sytuacji, czy pod wpływem łaski Bożej, czy szatana. Jeżeli jesteśmy pod wpływem łaski Bożej a mimo to, dotyka nas coś, co szarpie i rozrywa, przeszkadza, wprowadza zamęt i niepokój to pochodzi to od złego. Jeżeli natomiast jesteśmy w stanie grzechu i ten niepokój szarpanie nas i dotyka, to pochodzi on od Boga i jest tzw. wyrzutem sumienia. W tym pierwszym przypadku szatan nie akceptuje naszej stanu pod wpływem łaski Bożej, natomiast w tym drugim Bóg porusza nasze serce ku przemianie, ku dobremu.

Dowiedzieliśmy się, że metoda Lectio Divina jest bardzo starą metodą medytacji chrześcijańskiej. Polega ona na ciągłym czytaniu Pisma Świętego. I nie chodzi w tym przypadku o samo czytanie, ale o czytanie z udziałem naszego intelektu. Mamy tak zaangażować nasz intelekt, aby usłyszeć to, co Bóg mówi do nas, co chce nam przekazać poprzez usłyszane Słowo. Chodzi o to, aby czytanie Pisma Świętego przyniosło dla nas konkretne owoce. Mamy pasjonować się tym, co czytamy. Przeżywać i osobiście uczestniczyć w tym wydarzeniu. Ono ma dotyczyć nas osobiście.

Istnieją cztery etapy Lectio Divina: indywidualna lektura - czytanie (lectio), która pod kierownictwem Ducha Świętego przechodzi w medytację (medytatio), następnie w modlitwę (oratio) i kontemplację (contemplatio). Na zakończenie występuje actio tj. powrót do rzeczywistości.

Lectio znaczy, że określony tekst mam czytać z wiarą i uważnie, zawsze od początku do końca, nawet jeżeli go znam już na pamięć. Muszę pamiętać, że czytane Słowo Boże jest mi dane na określoną chwilę mojego życia. Może obecnie mówić całkowicie coś innego niż wcześniej. Wybrane Słowo Boże mam czytać powoli i półgłosem. Takie czytanie pomaga uczestniczyć w lekturze całym ciałem i ułatwia zapamiętywanie. Tekst powinien być czytany całym sobą: umysłem, sercem i wolą.

Meditatio to następny etap, a w nim roztrząsanie tych fragmentów, które mnie szczególnie poruszyły. A wiec rozważam i medytuję nad tym, co mnie dotknęło. Wchodzę z tym w moje obecne życie. Analizuję, jak to słowo lub fragment odnosi się do obecnego postępowania w moim życiu. Co mi Ono mówi. Jakie daje wskazówki. Dlaczego mnie tak głęboko porusza. Dlaczego właśnie nad Nim zatrzymałem się. Medytacja jest zatem stopniowym wprowadzeniem w tajemnicę Słowa. Pilnym skupieniem naszego umysłu i poszukiwaniem ukrytej w Słowie prawdy. Należy koncentrować się na Słowie, a nie na sobie. Bogactwo Słowa pozwoli na większe poznanie siebie i jednocześnie pozwoli zrozumieć siebie. Należy nie jako przylgnąć do Słowa nowego, które nas zadziwia lub niepokoi. Powtarzamy je i rozważamy. Jak Maryja zachowujemy je w sercu i czekamy na światło aż przyjdzie zrozumienie.

Kolejny etap, to oratio, czyli nasza modlitwa. Ma być ona odpowiedzią na usłyszane Słowo, na powstałą myśl i wynikłe z tego rozważanie. I tu nawiązuje się już dialog z Panem Bogiem. Mówię do Stwórcy, jakich moich uczuć dotknęło usłyszane Słowo. Co w Nim mnie tak poruszyło, co z tego wynika. Pytam jak mam postąpić, jak się zachować. W czym Bóg chce mnie utwierdzić, a co powinienem natychmiast zmienić W wyniku takiej modlitwy z Bogiem podejmuję decyzję, ale taką, która wyda obfity owoc. Modlę się prosto i spontanicznie. Zapraszam Pana do swojego serca. Swoje myśli przed Bogiem wyrażam szczerze, bez zahamowań. Uwielbiam Stwórcę i dziękuję Bogu za to wszystko co uczynił w moim dotychczasowym życiu. Błagam, proszę, wołam, wyrażam swoje cierpienie. Składam przed Nim całe swoje życie.

Etap następny, to contemplatio. Tu dowiedziałem się, że jest ono wyłącznym darem Pana Boga i ma miejsce poza naszym intelektem. Zdarza się, że nie w każdej Lectio Divina otrzymuje się ten dar. Wówczas cierpliwie mam trwać przy Bogu. Nic nie mówić, a wsłuchiwać się w ciszę, która mnie otacza. Wokół trwa życie, którego w tym rozpędzonym świecie nie zauważam. Ono jest i zaprasza mnie do trwania przy Panu. Bóg nasyca je swoim tchnieniem, a ono trwa w uwielbieniu Boga. To nie ważne, że w tym momencie Bóg nie daje mi przeżyć daru kontemplacji, Bóg wie najlepiej czy właśnie w tej chwili ten dar mi ofiarować. Jest to tajemnicą samego Boga. Trwam w doświadczeniu oczekiwania, Staram się oczyma Boga spojrzeć na siebie, na drugich, na otaczający mnie świat, na toczące się wokół mnie wydarzenia i pozwalam aby to wszystko przeniknęła łaska Boża. Kiedy już zacznę widzieć z perspektywy Boga, wówczas dusza moja dozna pokoju.

Na koniec następuje tzw. actio, czyli powrót do rzeczywistości.
Musimy przy tym pamiętać, że aby jak najlepiej przeżyć wszystkie etapy lectio Divina powinniśmy zadbać o dobry czas, wszystkie problemy zostawić za sobą, być wypoczętym, w miarę zadbać o dobrą kondycję fizyczną na ten czas. Nie tylko miejsce, ale również nasza postawa jest ważna na modlitwie. Należy przyjąć taką postawę, w której nie będziemy odczuwać bólu. Następnie niezbędnym krokiem jest nasze wyciszenie. Ma to być wyciszenie głębsze, ma ono dotyczyć naszego wnętrza. Nie może być nic, co by mogło nam przeszkadzać w osiągnięciu tej ciszy. Ma to być prawdziwe miejsce pustynne. Ja, Bóg i aniołowie. Do spełnienia wszystkich tych warunków niezbędne jest nasze odosobnienie od świata zewnętrznego miejsce pustynne. Potrzebna jest nam wiara, że jest to moja prywatna audiencja u samego Stwórcy.
Przyszedł czas na realizację. Zagłębiamy się w fragment Pisma Świętego o synu marnotrawnym (Łk 15, 11-32). I tu dowiaduję się, że jest to przypowieść nie tylko o dobrym ojcu, ale o nas samych. Prowadzący rekolekcje zwraca naszą uwagę na ikonę Rembrandta. Zaprasza nas, aby spojrzeć na nią, jak na Słowo Boże. Często miałem okazję trzymać ten obrazek w ręku, ale nigdy nie doświadczyłem tego co dziś. Bóg pochylony na de mną. Lewa ręka jest dłonią ojca a prawa matki. Bóg zawiera w sobie całe dobro. Te ręce są zawsze gotowe przytulić mnie do swojego serca. Zapewniają bezpieczeństwo ze strony ojca i ciepło ze strony matki. Cała postać wyraża ogromną tęsknotę za synem, który odnalazł się. Wyraża ukojenie bólu w sercu Ojca i całkowite oddanie się klęczącego syna Jego woli. Koniec cierpienia. Bycie w ramionach kochającego Ojca, to jedyne miejsce dające całkowite poczucie bezpieczeństwa i prawdziwego szczęścia.

Moim kolejnym zadaniem było odszukanie siebie w tych dwóch synach. Nie ma bowiem takiego miejsca w Piśmie Świętym, które nie mówiłoby o nas. Ojciec ma dwóch synów, którzy źle czują się w domu ojca. Uczucie to jest złe w samym sobie – nieprzyjemne. Jest to problem oddzielny każdego z nich. Młodszy syn ma ojca, który bezgranicznie go miłuje, który jest obrazem miłosiernego Boga. Ma też starszego brata tj. ma wspólnotę. Człowiek stworzony jest do realizacji w wspólnocie. Można też być w wspólnocie i być samotnym. Należy trwać z innymi nie tylko fizycznie, ale w sposób duchowy. Młodszy syn czuje się źle i próbuje sam rozwiązać ten problem. Co robi - ucieka. Tak często bywa i z nami. Najczęstszym powodem naszego złego uczucia jest nie radzenie sobie z nim w samym sobie. Wówczas zamiast zatrzymać się i rozwiązać go, to uciekamy przed nim. Syn marnotrawny miał właśnie taki problem, że duchowo był zimny, zaślepiony w sobie, nie słuchał ojca, nie rozmawiał z nim, nie widział go jako swojego partnera do rozmowy, gardził jego radami. Przyjmuje postawę właściwą jego stanowi wewnętrznemu tj. zimną i bezwzględną. Potraktował ojca jak martwego. Jakby go już nie było. Dla niego ojciec już nie istniał. Był powietrzem. Pogardzał jego ogromną miłością. Stanął przed ojcem i zadał mu cios najstraszniejszy. Zażądał należnego mu z mocy prawa części majątku i bez słowa odszedł. Testament uruchamiany jest zawsze po śmierci. A więc ojciec dla niego był martwy. Zabrał życie ojcu. Odchodząc nawet nie raczył pożegnać się z ojcem. On miał swoje plany, własną filozofię na życie. Doświadczenia Ojca były mu całkowicie obojętne, a jego zapobiegliwość wręcz śmieszna. Zachowanie ojca go mierzwiło, czuł do niego wstręt. Wszystko co robił ojciec denerwowało go. Był całkowicie zamknięty na odbiór miłości ze strony ojca. Postępowanie Ojca nawet mu zawadzało i nie chciał już dłużej pozostawać w tym domu. Zapragnął ułożyć sobie życie po swojemu, bez ojca. Ojciec i jego filozofia życia były dla niego nie do przyjęcia, były śmieszne i głupie. Uważał, że on znacznie lepiej rozporządzi należnym mu majątkiem. Gardził wszystkimi i wszystkim. Odchodząc, nie pożegnał się nie tylko z ojcem, ale również pogardził starszym bratem, którego nie raczy poinformować, że odchodzi z domu na zawsze. Jego zdaniem on był najmądrzejszy, najsprytniejszy i on dopiero ma pomysł na szczęśliwe życie. Z jego zachowania wynikał też, że nie miał zamiaru wrócić kiedykolwiek do domu ojca. Złamał wszystkie zasady przyzwoitości. Gdyby tak ktoś inny wobec niego postąpił, to czy miałby po co wracać?

Człowiek poraniony wewnętrznie zazwyczaj przyjmuje postawę takiego twardziela (jest to postawa sztuczna i nieprawdziwa). Ma ze sobą problem, doznaje przykrego uczucia, to zamiast zastanowić się jak go rozwiązać to ucieka tchórzliwie. Ten zaś nierozwiązany powróci, ale z gorszym skutkiem. Musimy zatem przestać udawać, jakby to był problem innych, on tkwi w nas i tylko my możemy go rozwiązać.

W synu marnotrawnym gdzieś głęboko tkwi poczucie bycia we wspólnocie. Wybiera wiec najgorszy wariant. Próbuje za pieniądze kupić sobie wspólnotę. Ale trzeba też umiejętnie wybrać wspólnotę. Kiedy roztrwonił majątek ojca pozostał sam. Stworzona przez niego wspólnota odeszła. Przyszło fizyczne uczucie głodu. Był on tak silny, że gotów był podjąć się najbardziej poniżającej pracy, aby zaspokoić głód i czyni to. Pragnie najeść się do syta strąków z koryta świńskiego, ale i tego mu nie dają. Dotknął go upadek nie tylko fizyczny, ale i moralny. Dopiero po takim upodleniu i doznanym fizycznym cierpieniu pojawia się myśl o ojcu. Tam było mu lepiej. Podejmuje więc decyzję o powrocie do domu. Decyzję, którą odkupił doświadczeniem ogromnego bólu i upokorzenia. Syn marnotrawny powraca do ojca. Decyzja słuszna, ale czy dojrzała ona z tęsknoty za ojcem, za jego miłością? Czy wynika ona tylko z tego, że nie ma już innego wyjścia. Pragnie u ojca być zwykłym wyrobnikiem i zaspokoić głód. A więc nie chce powrócić do dawnej pozycji syna. Z opowiedzianej przez Jezusa przypowieści wynika, że ojciec pierwszy zauważył powracające dziecko. Dlaczego? Bo on tam cały czas stał i wypatrywał. Jego ojcowskie serce przepełniała tęsknota za synem. W nim nie było żalu i złości za to, co mu uczynił. Nie odwrócił się od niego. Tak Bóg czeka na mój powrót, stoi i wypatruje. Młodszy syn w wyniku błędnej decyzji odszedł od ojca i cierpiał. Korzeniem jego grzechu było nie widzenie miłości ze strony ojca. Przeszkodą była jego oziębłość i zamknięcie się na miłość ojcowską. Syn marnotrawny powraca do domu, ale w jego sercu nadal nie nastąpiło nawrócenie. Odkrywa pewną prawdę, ale nie przyjmuje do wiadomości, że ojciec cały czas go kocha. Dopiero jak znalazł się w jego ramionach poczuł, że ten mimo wszystko darzy go miłością. Przytula się do ojca i tu następuje szok, zaczyna odczuwać ciepło bijące od ojca. W jego duszy pojawia się dotychczas nieznane uczucie. Nie rozumie go, ale sprawia ono, że czuje się dobrze i bezpiecznie. Jakiś nieznany ciężar zostaje zdjęty z jego ramion. Dopiero teraz zauważa obecność ojca. Przytula się mocniej do tego bijącego serca. Oddaje się pod jego wolę. Zaufał mu. Zawierza mu całą swoją przyszłość. Wszystko inne w tym momencie staje się nieważne. Oto ma ojca, którego kiedyś uznał za martwego. Ten ojciec jest przy nim, czuje się naprawdę szczęśliwy.

Czy nie ma podobnej sytuacji pomiędzy nami a Bogiem? Czyż nie zachowujemy się podobnie, jak ten syn marnotrawny? Szczęśliwa to chwila, kiedy dojrzewamy do powrotu. W każdym człowieku jest wiele piękna. Nawrócenie do Boga, nasz powrót do Niego jest największym obrazem Boga. Stwórca daje nam tak wiele, ale my musimy umieć to wziąć. Należy pamiętać jednak, że nawrócenie od strony człowieka jest pewnym procesem. Natomiast ze strony Boga jest to zawsze moment. Bóg daje nam łaskę w jednym momencie. My zaś musimy w pewnym sensie dorosnąć do nawrócenia. Najpierw musimy odkryć błąd w naszym dotychczasowym postępowaniu. W wyniku naszej błędnej decyzji przychodzi cierpienie. Cierpienie to staje się głosem samego Boga. Staje się naszym wychowawcą, głosem, który daje nam szansę nawrócenia. W cierpieniu wszystkie ziemskie rzeczy tracą na znaczeniu, zamieniają się w proch. Człowiek może w cierpieniu zatracić się, ale może też dokonać się w nim zbawienna przemiana. Przemiana ta nastąpi wówczas, kiedy w tym cierpieniu stanie pod krzyżem Chrystusa. Wówczas zrozumie sens cierpienia a jedyną słuszną decyzją będzie powrót do wciąż oczekującego Ojca. Nastąpi wówczas całkowite oddanie się pod Jego wolę i zawierzenie Mu. Przytuli się jak do najlepszego Ojca. Poczuje Jego obecność i emanujące ciepło, zaufa mu. A więc cierpienie prowadzi nas do opamiętania, do dobrych postanowień, do dokonania radykalnego zwrotu w naszym dotychczasowym życiu. Nie może jednak to się stać bez udziału dobrego Ojca. Musi nas przytulić do siebie. Musimy poczuć Jego ciepło. Musimy przyjąć do wiadomości, że On nas cały czas kocha. Inaczej nie będzie w nas nawrócenia. Człowiek, który doznał prawdziwego nawrócenia oddaje Bogu wszystko, co posiada. Dla siebie zaś prosi wyłącznie o Jego miłość i od tej pory to mu już wystarcza. Dar nawrócenia jest darem, którego nie można kupić. Jest on łaską, którą Bóg może nam ofiarować. My zaś ze swej strony, możemy tylko dorosnąć do takiego nawrócenia tj. do przyjęcia tej łaski od Boga. Aby to jednak nastąpiło, musimy odbyć prawdziwą spowiedź świętą. Przy kratkach konfesjonału musimy powierzyć Bogu wszystkie nasze problemy, opowiedzieć Mu o sobie, otworzyć się na jego zbawczą Łaskę.

W przypowieści przytoczonej przez Jezusa jest również zawarta historia starszego syna. Muszę przyznać, że do chwili tych rekolekcji dla mnie jego postawa była bardziej zrozumiała. Bardziej utożsamiałem się z nią. Ojciec rekolekcjonista ukazał nam tę postać z innej strony. Syn nie zaakceptował postępowania ojca wobec młodszego brata. Obraża się. Swoją postawą przypomina małe obrażone dziecko, brak mu dojrzałości. Nie chce z ojcem rozmawiać. Starszy syn też źle czuł się w domu ojca, też był bardzo zraniony. Nie odchodzi jednak, ale pozostaje. Jest mniej odważny niż jego młodszy brat. Nie roztrząsa narastającego w nim uczucia, nie próbuje rozwiązać powstałego w nim problemu. Zamyka się w sobie. Jest bardziej zasklepiony w sobie niż jego młodszy brat. Pozostaje jak żółw we własnej skorupie. Nawet nie próbuje protestować. Nie kocha również brata. Stoi jakby obok, nawet nie upomina go. Przeżywa w swoim wnętrzu coś ukrytego. To coś cały czas w nim niebezpiecznie narasta. Nie mieści się już w tej szczelnej otulinie. Grozi cały czas wybuchem. To jego skrywane i niszczące uczucie trwało tyle lat. Nie komunikował o nim ojcu. Targany złymi uczuciami był bardzo nieszczęśliwy. Próbował sam z tym uporać się i mozolną pracą zapracować na miłość ojca. Uważał, że miłość ojca należy kupić ciężką pracą i służalczością. Nie zapytał wprost, czy jest kochany. A ojciec cały czas kochał go mocno i niezmiennie. Na tę miłość pracował niczym niewolnik, a miał ją przecież za darmo. Młodszy syn pozostawał poza domem fizycznie natomiast starszy duchowo. Niekontrolowany wybuch następuje, kiedy dowiaduje się, że ojciec nadal kocha jego młodszego brata. Kocha go mimo doznanego zła z jego strony. Ojciec informuje go, że cały czas go kocha, że jest on dla niego najważniejszy, że wszystko, co posiada jest jego. Starszy syn jednak nie przytula się do ojca. Nie chce poczuć jego ciepła, które przyniosłoby mu ulgę w cierpieniu. Nadal nie przyjmuje do wiadomości, że jego problem tkwi wyłącznie w nim. Według niego wszyscy są winni, a on przez to jest taki nieszczęśliwy. Pozostaje w nim upór małego i nierozumnego dziecka. Nie rozumie, że jego szczęście zależy wyłącznie od jego wyboru. Nadal odrzuca ofiarowaną mu miłość i przybiera dotychczasową postawę tj. pozostaje w szczelnym pancerzu, przez który nie może dostać się żadne dobro. Wyłącznie z jego wyboru nie dokonuje się proces nawrócenia.

Jak często przyjmujemy postawę starszego syna? Przez swoją niedojrzałość emocjonalną odwracamy się od kochającego nas Ojca. Trwamy w zawziętym uporze. Wolimy cierpienie duchowe niż przyjęcie z Jego rąk Łaski nawrócenia. Obrażamy się na Niego. Sami siebie karzemy, a mówimy, że to przez Boga jesteśmy nieszczęśliwi. Nie chcemy rozwiązać problemu, który tkwi gdzieś głęboko w naszym zranionym sercu. Najgorzej, że przez nasze zamknięcie sami sobie zadajemy rany i uważamy, że ranią nas inni. To my zaślepieni w swoim uporze wpadamy wciąż w kolczaste druty, które nasz szarpią i wikłają w następne nierozwiązane sytuacje. I tak będziemy cierpieć aż do chwili podjęcia dojrzałej decyzji i uczynimy rzecz najprostszą w świecie, przytulimy się do kochającego Ojca. Poczujemy Jego ciepło. Przyjmiemy do wiadomości, że byliśmy, jesteśmy i nadal będziemy przez Niego kochani. Bóg cały czas stoi przed domem i nas wypatruje. On zawsze jest gotowy pochylić się nad nami i obdarować nas swoją miłością. On pragnie wyłącznie naszego szczęścia. We wszystkim co nas dotyka starajmy się odkryć miłość Boga. Nie wolno nam przyjmować postawy synów z przypowieści Jezusa, bo będziemy cierpieć. Szatan zrobi wszystko abyśmy trwali w naszym zakłamaniu. Sam potępiony nie może patrzeć na szczęście innych stworzeń. Nie dawajmy mu tej satysfakcji. Żyjmy z Bogiem w jedności a będziemy szczęśliwi. Jesteśmy stworzeni na Jego Obraz i podobieństwo. Naszymi wyborami ma być zawsze to, co przynosi dobro dla nas i dla innych. Pamiętajmy, że nie zauważanie naszych uczuć lub uciekanie od nich albo zagłuszanie ich w sobie jest błędem i świadczy o naszej niedojrzałości uczuciowej. Uczuć naszych nie da się zepchnąć na dalszy plan, one i tak powrócą a wówczas może nastąpić niekontrolowany wybuch. Wybuch, który jak u starszego syna nie wynika z dojrzałej przemyślanej decyzji. Nie zbliży nas do rozwiązania naszego problemu a pogorszy go jeszcze. Wybuch ten odchorujemy i będziemy tak trwać dalej do następnego. Uczucia nie można nie zauważać, ale należy nad nim pochylić się i w sposób rozumny przeanalizować je. Następnie podjąć dojrzałą i mądrą decyzję. Nie możemy też iść za uczuciem, które przychodzi niezależnie od nas. Należy zastanowić się dlaczego ono pojawiło się, co ze mną dzieje się. Dlatego uczucia nie należy spychać na plan dalszy, musi zawsze ono zakończyć się określoną decyzją z naszej strony. Tylko w sektach nie trzeba podejmować decyzji. Tam inni myślą za nas. Z podejmowania kolejnych decyzji nikt nie może nasz zwolnić. W innym przypadku będzie to istnienie ale bez żadnej odpowiedzialności. Przykładem takiego istnienia jest starszy syn. Gromadzi w sobie kolejne uczucia, zamyka się z nimi w ciasnym kokonie i od czasu do czasu wybucha. Uczucia nim rządzą a nie on nimi. Bóg dał nam rozum abyśmy podejmowali przemyślane, mądre i dobre decyzje. Dał nam rozum i intelekt abyśmy z niego korzystali.

Musimy też pamiętać abyśmy w swoim życiu zawsze byli w ramionach Ojca i fizycznie i duchowo. Jeżeli oddalimy się jak ci dwaj synowie, to będziemy cierpieć. Tych ramion jednak nigdzie nie wyczytamy i tego nie nauczymy się. Klimat tych Ramion Bożych możemy doświadczyć w czasie trwania medytacji. Zmarły papież Jan Paweł II mówił, że aby w życiu coś osiągnąć powinniśmy to czynić poprzez medytację Oblicza Boga, czyli Jezusa Chrystusa, który jest odbiciem Boga.

Następnie ojciec rekolekcjonista przytoczył nam poszczególne cechy Oblicza Boga, i tak:

  • Bóg jest zawsze bardzo bliski (synowie są blisko ojca a nie znają jego miłości, bo w swoich sercach wytworzyli sobie pokrzywiony i fałszywy jego obraz). Taki fałszywy obraz Boga zęsto jest i w naszym sercu.

  • Bóg pragnie, aby człowiek nawiązywał z Nim bardzo bliskie relacje. Człowiek ma trudności z poznaniem samego siebie. Bóg zawsze jest bardzo bliski człowieka i jako jego Stwórca zna go doskonale. Nie opuszcza nas ani na chwilę. A kiedy od niego zbuntowani odchodzimy to cierpliwie na nas czeka. W Jego ramionach zawsze odnajdziemy miłość niezmienną. Bóg kocha nas nieustannie. Bóg - Jezus wziął na siebie całe ludzkie cierpienie, osamotnienie i grzechy, bo jest tak bliski człowiekowi.

  • Człowiek chce bardzo często tworzyć swój własny świat bez Boga, albo spycha Go gdzieś na dalsze miejsce. Bóg jest mu niepotrzebny. Zasady, którymi Bóg każe kierować się są mu przeszkodą. Nie zauważa, że one też jego chronią. A więc lęka się Boga. Obawia się, aby nie wszedł w jego życie, żeby go nie zranił.

  • A Bóg jest dobrym i kochającym Ojcem. Bóg nas stworzył na swoje podobieństwo. Otrzymaliśmy rys Boga - duszę nieśmiertelną, rozum, wolną wolę, uczucia. W stworzonym człowieku Bóg widział samo piękno i dobro.

Kończąc, chciałbym podziękować najpierw Panu Jezusowi za to, że pozwolił mi uczestniczyć w tych rekolekcjach, siostrze Teresie za zaproszenie a ks. Andrzejowi za Słowo, które nam głosił.

Myślibórz, dnia 21 października 2005r.


Franciszek Kujawiński     
Czciciel Miłosierdzia Bożego.

 
 
 



  Zgromadzenie Sióstr Jezusa Miłosiernego
  Boh. Warszawy 77, 74-300 Myślibórz, +48.957473450
  e-mail: sanktuarium@jezuufamtobie.pl